Pacific Highway

DZIEŃ DZIESIĄTY.
To był dzień leniuchowania. Rano udaliśmy się pod plażę w San Clemento. Gdyby nie skrót między willami pokazany nam przez mieszkańca, nie dotarlibyśmy z parkingu. Następne odwiedzone plaże to Doheny State Beach (jedna z bardziej popularnych w tym regionie) i Cristal Cave oraz Bolsa Chica. Na noc udaliśmy się za Los Angeles. Szukając kempingu San Fernando Valley dotarliśmy na wzgórze przy La Canada Flintridge (wysokie na 1550 stóp) z przepięknym widokiem na miasto. Tam spędziliśmy noc. Piękny widok.

IMG_3626
IMG_3689

DZIEŃ JEDENASTY.
Bardzo rozrywkowy. Za namową Kuby poszliśmy do Universal Studios Hollywood w Los Angeles. Spędziliśmy cały dzień bawiąc się jak dzieci. Zobaczyliśmy Water World show, gdzie publiczność wychodziła ze spektaklu mokra, całkowicie. Walka z piratami, fajerwerki, latające samoloty i dużo wody. Wszędzie. Widzieliśmy również pokaz zwierząt występujących w filmach produkowanych głównie przez wytwórnię Universal Pictures. Wytłumaczono nam jak powstają efekty specjalne w filmach klasycznych i nowych produkcjach. Najbardziej wyczekiwałem jednak 50 minutowej Studio Tour, gdzie przewodnik zabierał na wycieczkę po miasteczku nagrań. Sztuczne domy, sklepy, ulice. Imitacje Francji, Włoch czy Niemiec. Burze z powodziami i zachodzące słońce – na zawołanie. Inne atrakcje były związane z Transformers 3D, Mummy, Despicable Me (Minionkami), Shrekiem, Simpsonami, lecz najciekawsza była przejażdżka po Jurassic Park! Zrobiliśmy ją dwukrotnie, jako jedyną. Poczułem się jak w filmie. Jedyny i bardzo uciążliwy minus Universal Studios to niekończące się kolejki do atrakcji. Czekać musieliśmy nawet po 45 minut. Wytłumaczeniem mógł być weekend i amerykańskie święto Labor Day. Spaliśmy w tym samym miejscu, co dzień wcześniej.

IMG_3566
IMG_3554
IMG_3557
IMG_3572

DZIEŃ DWUNASTY.
Odebraliśmy Kornelię z lotniska. Przywitaliśmy ją w poczekalni trzymając karteczkę z napisem „Kornelia Polska”. Z nią udaliśmy się na znaną plażę Long Beach. Tam wzięliśmy także niezbędny prysznic, po czym rozpoczęliśmy podbój LA (Los Angeles). Za najważniejszy punkt uznaliśmy znalezienie dobrego widoku na napis Hollywood. Pełna palm ulica N. Beachwood Drive spełniła nasze oczekiwania. Aleja gwiazd (The Walk of Fame) rozczarowująco brudna, pełna bezdomnych. Potem było lepiej…. Meksykański obiad zjedliśmy na targu Farmer’s Market The Grove. Bardzo polecam! Zachód słońca oglądaliśmy z Griffith Observatory (także dobry widok na niewielki napis Hollywood). Wieczór spędziliśmy w Downtown, fotografując nowoczesny budynek Walt Disney Concert Hall oaz Grand Park. Wykupiliśmy noc w motelu pod miastem – Mission Motel.

IMG_3587
IMG_3596
IMG_3624

IMG_3625
IMG_3628
IMG_3627
IMG_3629
IMG_3630

DZIEŃ TRZYNASTY.
Zaczęliśmy od prawdziwego amerykańskiego śniadania w IHOP (International House of Pancakes). Wróciliśmy za dnia do Griffith Observatory, aby zwiedzić planetarium wewnątrz. Odwiedziliśmy najdroższą i najbardziej luksusową ulicę USA – Rodeo Drive z butikami najbardziej prestiżowych firm. Tam spotkaliśmy nasze rodaczki, z którymi umówiliśmy się na zwiedzanie San Francisco. Popołudnie spędziliśmy na najpiękniejszych plażach, jakie do tej pory widziałem – Venice Beach oraz Santa Monica. Z Venice przeszliśmy dwu i pół milową promenadą do Santa Monica. Tam zjedliśmy kolację w restauracji Bubba Gump Shrimp Co., zainspirowanej filmem Forest Gump. Kojarzycie? Jedno z lepszych miejsc na jedzenie, do których mogliśmy wtedy trafić. Pyszne krewetki i świetne drinki. Noc spędziliśmy w namiocie rozłożonym przy ruchliwej ulicy w Malibu.

IMG_3646
IMG_3691
IMG_3692
IMG_3687
IMG_3688
IMG_3695
IMG_3701
IMG_3716
IMG_3717
IMG_3715
IMG_3714
IMG_3711
IMG_3735

DZIEŃ CZTERNASTY.
Rozpoczęliśmy od krótkiej drzemki na plaży w Malibu. Tam też zjedliśmy szybkie śniadanie z (uwaga!) McDonald’s. Kornelia zajadała się owsianką zakupioną w tym fastfoodzie. Pamiętam dokładnie jak powiedziała – „…całkiem niezła…”. Koszt owsianki z Mac’a to 2 dolary, przyzwoicie. Zobaczyliśmy miasto Santa Barbara i udaliśmy się najpiękniejszą autostradą (nr 1) Stanów Zjednoczonych prowadzącą wzdłuż wybrzeża Pacyfiku w stronę San Francisco. Po drodze zatrzymaliśmy się by obejrzeć klify. Spotkany tam surfer polecił miejscowość San Simeon, gdzie znajduje się znany punkt obserwacyjny the Piedras Blancas Rookery na słonie morskie (z rodziny fokowatych). Byłem zaskoczony ich wielkością i ilością stada! Zobaczcie zdjęcia. Podjechaliśmy też pod centrum turystyczne zamku Hearst Castle, jednak spóźniliśmy się na ostatnią tego dnia wycieczkę po zamku. Jechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, gdzie uświadomiliśmy sobie brak paliwa. Nasz GPS pokazywał kolejną stację za 30 mil. Jechaliśmy w strachu. Po przejechaniu 30, 40, 45 mil – żadnej stacji nie widzieliśmy. Nie widzieliśmy też żadnego większego budynku, sklepu i cywilizacji. Uratowała nas stacja trochę dalej, jednak benzyna kosztowała tam 6,49$ za galon! Zbrodnia w biały dzień! Normalna cena za galon benzyny to około 2,5$ do 3,2$. Zatankowaliśmy jedynie niezbędne minimum. Spaliśmy przy kempingu Ripplewood Cabins w Big Sur.

IMG_3736
IMG_3739
IMG_3740
IMG_3741
IMG_3690
DZIEŃ PIĘTNASTY.
Z Big Sur dojechaliśmy do Lobos Point State Park uważany z klejnot stanowych parków Kalifornii. Zrobiliśmy mały trekking dla zapierających dech w piersiach widoków. Warto poświęcić w tym miejscu trochę więcej niż półtorej godziny. Kolejny ważny punkt tego dnia to dawna stolica oceanu Pacyficznego – Monterey, gdzie w porcie rybackim wykupiliśmy trzygodzinną podróż statkiem by zobaczyć wieloryby i delfiny. Podpływały pod sam statek, na wyciągnięcie ręki. Dla mnie były to jednak trzy godziny wielkich męczarni. Dopadła mnie choroba morska. Szczęśliwie kapitan podał mi imbir (pomogło), miła blondynka dała kilka wskazówek jak przetrwać najgorsze chwile – udało się bez wymiotów. Z Monterey, dalej wybrzeżem, dotarliśmy na noc w hotelu w San Francisco. Pierwsze wrażenia nienajlepsze. Wszędzie śmierdzi ziołem (legalne w Kalifornii) i pełno niebezpiecznie wyglądających Afroamerykanów… Zobaczymy, co przyniosą kolejne trzy dni…

IMG_3746
IMG_3749
IMG_3751
IMG_3752

IMG_3758

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. mam pisze:

    Ale wspaniala przygoda.Piekne zdjecia.I milo popatrzec jak jestes na nich usmiechniety 🙂

    Polubienie

  2. Anonim pisze:

    nieustannie zazdroszczę – o mojej młodej nie wspomnę -:)
    czekamy na ciąg dalszy!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s