Yellowstone cz.2

Do parku prowadzi 5 bram wjazdowych, nie wszystkie są jednak otwarte przez cały rok. Przebywanie na ternie parku jest płatne. Postanowiliśmy więc z Kubą zakupić roczny bilet na wstęp do wszystkich parków narodowych USA (bilet nazywa się: America the Beautiful – National Parks and Federal Recreational Lands Annual Pass, produced by the U.S. Geological Survey (USGS). Koszt takiego imiennego biletu to 80 dolarów. Może z niego korzystać do 4 osób lub całe auto (niezależnie od ilości osób w środku). Według moich szybkich kalkulacji wystarczy odwiedzić 3 parki w ciągu roku, aby zaoszczędzić. Nasz ambitny plan zwiedzania zakłada zobaczenie większej ilości, juhu. Normalna cena biletu wstępu na teren parku Yellowstone to 35 dolarów za auto. Tutaj warto wspomnieć o korkowaniu się wjazdów. Wybierając mniej odpowiedni termin przyjazdu można spędzić w aucie przed samą bramą wjazdową nawet godziny. Szczęśliwie wybraliśmy poniedziałek jako dzień przyjazdu, dlatego udało nam się ominąć wszelkie spowolnień na drodze. Tak też jeździło się przez cały wtorek, zaś gdy w środę opuszczaliśmy park, po przeciwnej stronie ustawił się sznur samochodów. Ponoć z każdym kolejnym dniem tygodnia jest coraz gorzej.

W poniedziałek, oprócz Craters of the Moon oraz Idaho Falls, o których pisałem w poprzedniej notce – odwiedziliśmy kilka ważnych atrakcji samego Yellowstone. Nie chcieliśmy zmarnować ani minuty (może poza Dominiką, która nie spodziewała się tak intensywnego planu). Tego dnia zobaczyliśmy 26-metrowy wodospad Gibbon Falls, następnie podjechaliśmy pod krawędź wodospadu Lower Falls w Wielkim Kanionie Yellowstone (Grand Canyon of the Yellowstone). Udaliśmy się też do Hayden Valley, punktu z widokiem na meandrującą rzekę Yellowstone. Zatrzymaliśmy się tam, gdyż przed nami zatrzymało się kilkadziesiąt innych osób. Ci, przez swoje lornetki oraz lunety (warto wziąć ze sobą) obserwowali wilka. Dziewczynom udało się go zobaczyć przez lunetę uprzejmego turysty, zaś gdy przyszła moja i Kuby kolej, wilk schował się za krzakami i nie wychodził. Pech. Mijaliśmy oczywiście bizony amerykańskie (podobne do żubrów europejskich), sarny, jelenie, które stały tuż przy drodze.

Gibbon Falls
Gibbon Falls

DSC02452

DSC02449

Grand Canyon of the Yellowstone
Grand Canyon of the Yellowstone

DSC02477

DSC02480

Hayden Valley i męandrująca rzeka Yellowstone.
Hayden Valley i męandrująca rzeka Yellowstone.
Mule deer
Mule deer
Bizon amerykański
Bizon amerykański

Pojechaliśmy pod kolejny punkt wycieczki. Podjechaliśmy, gdyż park jest tak zaprojektowany, że pod wszystkie główne atrakcje można dotrzeć autem i zaparkować niemal pośrodku atrakcji. Dla zmotoryzowanych przygotowano 500 km asfaltowych dróg. Tym punktem były pola siarkowe. Skąd siarka w Yellowstone? Podczas erupcji wulkanu emitowany jest materiał wulkaniczny, wtedy do atmosfery dostają się tysiące kilometrów sześciennych rozmaitych gazów, najczęściej są to właśnie związki siarki (w tym kwas siarkowy). Co najciekawsze, pola siarkowe zamieszkałe są przez organizmy żywe. Termoacidofile lubią gorące, siarkowe i kwaśne (dziesięć razy bardziej kwaśne niż sok z cytryny) źródła, stąd znalazły idealne środowisko właśnie w takich polach w Yellowstone.

Pola siarkowe
Pola siarkowe

Widzieliśmy też wulkany błotne (w miejscu wydobywania się na powierzchnię błotnistej mieszaniny wody, iłu, piasku itp.) nazywane „demonami puszczy”. Ich ciemno-szary kolor zawdzięczają siarczkowi żelaza, zaś specyficzny zapach „zgniłego jaja” produkuje siarkowodór. Ah, znowu ta siarka.

DSC02508

DSC02515

DSC02538

Ostatnia geoturystyczna atrakcja odwiedzona pierwszego dnia naszej wyprawy to majestatyczny „Dragon’s Mouth Spring”, gorące (77 stopni Celsjusza) rytmiczne i hałaśliwe ‘wyziewy’ wody ze skały przypominającej kształtem paszczę smoka.

DSC02544

Wieczorem, jeszcze przed zachodem słońca, rozbiliśmy wielki, 6-osobowy namiot na kempingu „Bridge Bay” nas samym jeziorem Lake Yellowstone. Przy wjeździe pracownica parku pogratulowała jednej z moich koleżanek dzidziusia w brzuchu. Zgadnijcie której? Albo lepiej nie. Za miejsce zapłaciliśmy 24$ za noc (niecałe 5$ na osobę!). Napompowaliśmy materace, rozłożyliśmy śpiwory i zaczęliśmy grillowanie. Narzekałem już wcześniej na stołówkowe jedzenie w Sun Valley. Tu, na kempingu zjadłem w końcu coś, na co miałem ochotę i co mi bardzo smakowało. Białe kiełbaski, bagietka, piwo.

DSC02555

DSC02553

Po kolacji wyciągnęliśmy materac przed namiot i obserwowaliśmy spadające gwiazdy! Maksimum roju Perseidów co prawda przypadało dwa dni później, ale już tej nocy każdy miał szansę zobaczyć niejedną świetlistą smugę na niebie. Po chwili zrobiło się naprawdę zimno. Gdyby nie dodatkowe bluzy, kurtki, czapki, rękawiczki moglibyśmy zamarznąć. Mimo to zasnęliśmy bardzo szybko. C. d. n.

DSC02584

Zostaw komentarz, docenisz moją pracę. [Czytaj też Yellowstone cz.1]

Reklamy

6 Comments Add yours

  1. klaudia pisze:

    Hej. Masz talent do pisania. Bardzo żaluje ze nie zdecydowałam sie na taki wyjazd podczas studiow. Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy! Absolwentka Turystyki na AGH

    Polubienie

  2. mam pisze:

    Takie dwa pytanka. Jak pachnie na polach siarkowych? Pomyslales marzenie jak widziales spadajace gwiazdy?

    Polubienie

    1. Karol pisze:

      1. Towarzyszy tam smród zgniłego jajka z poprzedniej Wielkanocy. Ale da się oddychać:)
      2. O życzeniach zapomnialem, lecz szybko mi przypomnieli. Pomyślałem o jednym. Następnego dnia o innym. Nie zdradzę na pewno! 🙂 buziak

      Polubienie

  3. Kierowniczka1p pisze:

    Meeega! Jeszcze kilka części (na ktore juz czekam) i będę super mądra :p

    Polubienie

  4. Monia pisze:

    Coś w tym jest Kierowniczko.;) Mam wrażenie, że też za niedługo będę super mądra.:D Wpisy o Yellowstone mają zdecydowanie wyraźniejszy walor edukacyjny.^^ Mam wrażenie, że mój kolejny etap edukacji zaczął się w chwili, gdy po raz pierwszy zostałam niejako zmuszona przez autora tego wpisu do sprawdzenia, czym są wyróżnione fumarole.;p (Wcześniej nie musiałam niczego szukać, bo albo coś było oczywiste, albo od razu wyjaśnione.) Nie dawało mi to spokoju, że czegoś na tym blogu nie zrozumiałam, a przez to i nie potrafię sobie tego wyobrazić. Tak się zaczęły moje poszukiwania, bo potem przyszedł czas, by odnaleźć co to za stwory te termoacidofile, a z ciekawości poczytałam i trochę o lawie. Ciężko żebym miała od teraz swój ulubiony typ, ale „pahoehoe” jest tak wdzięczną nazwą, że lawa pillow może się ze swoją nazwą schować pod poduszkę.^^

    Polubienie

    1. Karol pisze:

      Racja, powinienem słowo dodać o fumarolach. Choć z drugiej strony, dobrze że coś tam poruszyło do studiowania nawet w wakacje! 🙂 racja, lawa poduszkowa ani wyglądem ani nazwą nie powala pahoehoe. Jak będzie dalej coś niezrozumiałego, pisz śmiało!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s